Powrót
1 komentarzy
Następne 1 Poprzednie
poniedziałek, 23.sierpnia.2010, 01:59
Otworzyłem drzwi mieszkania, trzymając w jednej ręce dłoń mojej kobiety, a w drugiej klucze. Roześmiana Carrie weszła i usiadła od razu na kanapie, by pozbyć się szpilek.
- są strasznie niewygodne. Widzisz, jak ja się dla ciebie poświęcam Amonie? – spytała, śmiejąc się.
- widzę. Było warto, nie sądzisz? Dawno się tak dobrze nie bawiłem – przyznałem szczerze.
- jasne! Było genialnie, poznałam Tennanta, wyobrażasz sobie? Rozmawiałam z Doktorem Who! – mówiła podekscytowana. – Dziękuję ci – dodała po chwili.
Uśmiechnąłem się do niej, zaproponowałem drinka, ale odmówiła. Wypiliśmy dość tej nocy. Dość, by mieć bardzo dobry humor, ale jednak nie być pijanym. Taka przyjemna równowaga w przyrodzie. Usiadłem na kanapie, obejmując ją ramieniem i poprawiając niesforny kosmyk lśniących, rudych włosów. Popatrzyła zielonymi oczami w moje srebrne tęczówki i pogłaskała mnie po policzku.
- zgodzisz się? Chcesz tego? – zapytała, a ja od razu wiedziałem, o czym mówi.
- jeśli ty chcesz. Tylko wtedy, jeśli jesteś pewna.
Skinęła głową, rozsznurowując gorset. Patrzyłem na to jak urzeczony. Wzięła moje dłonie w swoje ręce i położyła sobie na piersiach, które zacząłem delikatnie głaskać. Byłem przerażony. Nie robiłem tego od wielu lat i bałem się, że robiąc coś nie-tak ją stracę. Pocałowała moje usta i szepnęła do ucha proste w swym przekazie dwa zdania.
- kocham cię Amonie. Kochaj się ze mną.
Spełniłem jej prośbę, choć nie bez wahania. Była dla mnie ważna jako kobieta, towarzyszka życia i nie postrzegałem jej, póki co, jak obiekt seksualny. Skoro jednak takie było jej życzenie...
Wstałem jako pierwszy, Carrie leżała obok mnie przykryta czerwoną kołdrą. Uśmiechnąłem się i pogłaskałem ją po kręconych włosach, rozrzuconych na poduszce. Odszukałem na podłodze bokserki, wsunąłem je na siebie i skierowałem się do kuchni, by zrobić kawę i śniadanie. Wstawiłem czajnik na gaz, nasypałem kawę do dwóch dużych kubków i oparłem się o blat, przygryzając dolną wargę. Głód krwi powoli dawał o sobie znać...
Byłem taki młody gdy zostałem wampirem. Stało się to przypadkiem i sądzę, że nie tak miało być. Montel, wampir, który mnie ugryzł, był stworzeniem nocy, dzikim i nieokrzesanym, jednak nie bezlitosnym. Tej pamiętnej nocy, gdy zmieniło się moje życie, ten wysoki, barczysty i jasnooki stwór wpadł na mnie. Niecelowo.
Spacerowałem po ulicach Londynu, był to początek kolejnego nudnego roku szkolnego. Słońce wyszło zza szaro-burych chmur, więc powolnym krokiem zmierzałem w stronę domu po skończonych lekcjach. Skręciłem w wąską uliczkę wyłożoną nieregularną kostką brukową i podziwiałem architekturę tego miejsca (była w tym jakaś magia, której nie potrafiłem się oprzeć). Podniosłem wzrok, patrząc na górne okna kamienic znajdujących się po mojej prawej i lewej stronie i wtedy właśnie to się stało. Nadbiegł z naprzeciwka, miotając się od jednej ściany do drugiej. Nie patrzył pod nogi i w pewnym momencie (który nadszedł zdecydowanie zbyt szybko) zwalił mnie z nóg. Jeden z jego ostrych paznokci rozciął moją skórę (razem ze spodniami), zaraz nad kolanem. Patrzyliśmy obaj na przesiąkającą przez spodnie krew, aż do momentu gdy zawyłem z bólu - wbił we mnie swoje kły. Po chwili straciłem przytomność i uwierzcie mi, bałem się jak nigdy. Nie wierzyłem w wampiry lub inne stworzenia, które spotkać można w książkach fantasy, jednak niezaprzeczalnym faktem było to, że coś mnie udrapało, a chwilę później łapczywie spijało krew z mojego uda.
Gdy otworzyłem oczy, rozejrzałem się. Leżałem na podłodze, w zimnym, bladym pomieszczeniu, oświetlonym rzędem starych jarzeniówek. Ściany wyłożone były białymi płytkami, które niewiele miały wspólnego z oryginalnym kolorem. Fuga zżółkła, a w niektórych miejscach barwiła się kolorem krwi, co spowodowało dreszcze na całym ciele. Odwróciłem głowę w drugą stronę i krzyknąłem, nie umiejąc się powstrzymać. Znajdowaliśmy się w rzeźni! Na hakach przywieszonych do szyn rozstawionych regularnie równolegle do sufitu, wisiały martwe, wypatroszone świnie!
- a więc obudziłeś się, Amonie - powiedział do mnie mężczyzna.
Otworzyłem usta i nie byłem w stanie wypowiedzieć ani jednego słowa. Jedyna myśl, której trzymałem się w głowie, to pytanie, skąd zna moje imię. Nie chciałem myśleć o tym, co znajduje się wokół nas i co ten wampir (?) chce mi zrobić.
- tak, masz rację. Jestem wampirem. Ale... stosunkowo niegroźnym, choć to, czego przeze mnie doświadczyłeś, niestety, było haniebne i niebezpieczne. Nazywam się Montel Vontavious i przepraszam, że zniszczyłem ci życie – mówił, nie patrząc mi w oczy. Wiedziałem, że mu przykro, choć starałem się nie myśleć o tym, dlaczego tak jest.
Przestałem się go bać, jakoś... zaufałem mu, na tyle, na ile można zaufać komuś, kogo się nie zna i kto jakiś czas temu pił twoją krew. Wierzyłem w to co mówi i chciałem dowiedzieć się wszystkiego, czego tylko mogłem. Chciałem słuchać, a że on znał moje myśli, po chwili zaczął mówić. Jednak przedtem przyniósł nam po kubku gorącej herbaty, a mnie okrył kocem. W mojej głowie zrodziło się kolejne pytanie - dlaczego jesteśmy w rzeźni?
- widzisz, mój synu, tutaj jesteśmy bezpieczni. Nikt nam nie przeszkodzi, a potrzebuję czasu, by ci wszystko wytłumaczyć. To mój obowiązek, skoro to ja zrujnowałem twoje poprzednie życie... Tak, nie jesteś głupi i przeczuwasz co się stało, prawda? Choć nie wierzysz w wampiry, jesteś świadom, że ja nim jestem, a skoro cię ugryzłem... wniosek nasuwa się sam. Przepraszam, nie powinienem. To był wypadek. Gdybym nie rozciął cię tak mocno, pewnie w tym momencie kończyłbyś jeść obiad, a mama nałożyłaby ci na udo plaster, ale tak się nie stało. W biegu, nie myśląc, przypadkowo zahaczyłem o ciebie, a przecież nie mogłem pozwolić ci się tam wykrwawić. Jedyną możliwością było przekazanie ci wampirzych genów, by skóra się zregenerowała, a krew szybko wypracowała ubytek... Jednak w ten sposób pozbawiłem cię normalnego życia. Wiem, że to zabrzmi głupio, ale... musisz zniknąć. Twoi rodzice i przyjaciele muszą uwierzyć, że nie żyjesz. Dlaczego?! Dlaczego? Czy ty nic nie rozumiesz? - krzyknął, na zadane w mej głowie pytanie. - Ach, no tak. Spokojnie. My, wampiry, starzejemy się pięć razy wolniej niż przeciętni ludzie. W twoim wieku byłoby to nie do ukrycia, bo powinieneś w ciągu każdego roku zmieniać się pod każdym względem, a teraz... tak nie będzie. Będziesz podróżował i uczył się wszystkiego ode mnie. Musi tak być, muszę zapłacić za swoje grzechy. Ach, jakie grzechy? Wiesz, przemienienie w wampira takiego młodego człowieka jak ty, jest naprawdę lekkomyślne i w niektórych rejonach wręcz zakazane. Muszę cię wychować, byś nie przysparzał naszej wampirzej braci kłopotów. Zrozumiałeś?
Kiwnąłem głową, choć rozumiałem naprawdę niewiele. W ciągu kilku minut dowiedziałem się paru naprawdę wstrząsających rzeczy, zaczynając od faktu, że wampiry istnieją, a kończąc na tym, że muszę upozorować własną śmierć i nigdy więcej nie zobaczę rodziny i przyjaciół. Nie było to łatwe do zrozumienia, a już tym bardziej do zaakceptowania...
Ze wspomnień wyrwał mnie gwizd czajnika – dokończę innym razem. Zalałem kawy, posłodziłem, z lodówki wyjąłem świeże masło i dżem pomarańczowy, a z chlebaka francuskie pieczywo. Zgarnąłem to wszystko na tacę i zaniosłem do sypialni.
Ognistowłosa panna właśnie przecierała zaspane oczy i patrzyła na mnie spod zmrużonych powiek.
- dzień dobry Amonie - powiedziała, podnosząc się, a gdy się schyliłem, pocałowała mnie w czoło.
Położyłem tacę między nami, objąłem ją ramieniem i tak właśnie zabraliśmy się za śniadanie.
Nawet nie macie pojęcia ile dla mnie znaczył jej uśmiech tego poranka...
- są strasznie niewygodne. Widzisz, jak ja się dla ciebie poświęcam Amonie? – spytała, śmiejąc się.
- widzę. Było warto, nie sądzisz? Dawno się tak dobrze nie bawiłem – przyznałem szczerze.
- jasne! Było genialnie, poznałam Tennanta, wyobrażasz sobie? Rozmawiałam z Doktorem Who! – mówiła podekscytowana. – Dziękuję ci – dodała po chwili.
Uśmiechnąłem się do niej, zaproponowałem drinka, ale odmówiła. Wypiliśmy dość tej nocy. Dość, by mieć bardzo dobry humor, ale jednak nie być pijanym. Taka przyjemna równowaga w przyrodzie. Usiadłem na kanapie, obejmując ją ramieniem i poprawiając niesforny kosmyk lśniących, rudych włosów. Popatrzyła zielonymi oczami w moje srebrne tęczówki i pogłaskała mnie po policzku.
- zgodzisz się? Chcesz tego? – zapytała, a ja od razu wiedziałem, o czym mówi.
- jeśli ty chcesz. Tylko wtedy, jeśli jesteś pewna.
Skinęła głową, rozsznurowując gorset. Patrzyłem na to jak urzeczony. Wzięła moje dłonie w swoje ręce i położyła sobie na piersiach, które zacząłem delikatnie głaskać. Byłem przerażony. Nie robiłem tego od wielu lat i bałem się, że robiąc coś nie-tak ją stracę. Pocałowała moje usta i szepnęła do ucha proste w swym przekazie dwa zdania.
- kocham cię Amonie. Kochaj się ze mną.
Spełniłem jej prośbę, choć nie bez wahania. Była dla mnie ważna jako kobieta, towarzyszka życia i nie postrzegałem jej, póki co, jak obiekt seksualny. Skoro jednak takie było jej życzenie...
Wstałem jako pierwszy, Carrie leżała obok mnie przykryta czerwoną kołdrą. Uśmiechnąłem się i pogłaskałem ją po kręconych włosach, rozrzuconych na poduszce. Odszukałem na podłodze bokserki, wsunąłem je na siebie i skierowałem się do kuchni, by zrobić kawę i śniadanie. Wstawiłem czajnik na gaz, nasypałem kawę do dwóch dużych kubków i oparłem się o blat, przygryzając dolną wargę. Głód krwi powoli dawał o sobie znać...
Byłem taki młody gdy zostałem wampirem. Stało się to przypadkiem i sądzę, że nie tak miało być. Montel, wampir, który mnie ugryzł, był stworzeniem nocy, dzikim i nieokrzesanym, jednak nie bezlitosnym. Tej pamiętnej nocy, gdy zmieniło się moje życie, ten wysoki, barczysty i jasnooki stwór wpadł na mnie. Niecelowo.
Spacerowałem po ulicach Londynu, był to początek kolejnego nudnego roku szkolnego. Słońce wyszło zza szaro-burych chmur, więc powolnym krokiem zmierzałem w stronę domu po skończonych lekcjach. Skręciłem w wąską uliczkę wyłożoną nieregularną kostką brukową i podziwiałem architekturę tego miejsca (była w tym jakaś magia, której nie potrafiłem się oprzeć). Podniosłem wzrok, patrząc na górne okna kamienic znajdujących się po mojej prawej i lewej stronie i wtedy właśnie to się stało. Nadbiegł z naprzeciwka, miotając się od jednej ściany do drugiej. Nie patrzył pod nogi i w pewnym momencie (który nadszedł zdecydowanie zbyt szybko) zwalił mnie z nóg. Jeden z jego ostrych paznokci rozciął moją skórę (razem ze spodniami), zaraz nad kolanem. Patrzyliśmy obaj na przesiąkającą przez spodnie krew, aż do momentu gdy zawyłem z bólu - wbił we mnie swoje kły. Po chwili straciłem przytomność i uwierzcie mi, bałem się jak nigdy. Nie wierzyłem w wampiry lub inne stworzenia, które spotkać można w książkach fantasy, jednak niezaprzeczalnym faktem było to, że coś mnie udrapało, a chwilę później łapczywie spijało krew z mojego uda.
Gdy otworzyłem oczy, rozejrzałem się. Leżałem na podłodze, w zimnym, bladym pomieszczeniu, oświetlonym rzędem starych jarzeniówek. Ściany wyłożone były białymi płytkami, które niewiele miały wspólnego z oryginalnym kolorem. Fuga zżółkła, a w niektórych miejscach barwiła się kolorem krwi, co spowodowało dreszcze na całym ciele. Odwróciłem głowę w drugą stronę i krzyknąłem, nie umiejąc się powstrzymać. Znajdowaliśmy się w rzeźni! Na hakach przywieszonych do szyn rozstawionych regularnie równolegle do sufitu, wisiały martwe, wypatroszone świnie!
- a więc obudziłeś się, Amonie - powiedział do mnie mężczyzna.
Otworzyłem usta i nie byłem w stanie wypowiedzieć ani jednego słowa. Jedyna myśl, której trzymałem się w głowie, to pytanie, skąd zna moje imię. Nie chciałem myśleć o tym, co znajduje się wokół nas i co ten wampir (?) chce mi zrobić.
- tak, masz rację. Jestem wampirem. Ale... stosunkowo niegroźnym, choć to, czego przeze mnie doświadczyłeś, niestety, było haniebne i niebezpieczne. Nazywam się Montel Vontavious i przepraszam, że zniszczyłem ci życie – mówił, nie patrząc mi w oczy. Wiedziałem, że mu przykro, choć starałem się nie myśleć o tym, dlaczego tak jest.
Przestałem się go bać, jakoś... zaufałem mu, na tyle, na ile można zaufać komuś, kogo się nie zna i kto jakiś czas temu pił twoją krew. Wierzyłem w to co mówi i chciałem dowiedzieć się wszystkiego, czego tylko mogłem. Chciałem słuchać, a że on znał moje myśli, po chwili zaczął mówić. Jednak przedtem przyniósł nam po kubku gorącej herbaty, a mnie okrył kocem. W mojej głowie zrodziło się kolejne pytanie - dlaczego jesteśmy w rzeźni?
- widzisz, mój synu, tutaj jesteśmy bezpieczni. Nikt nam nie przeszkodzi, a potrzebuję czasu, by ci wszystko wytłumaczyć. To mój obowiązek, skoro to ja zrujnowałem twoje poprzednie życie... Tak, nie jesteś głupi i przeczuwasz co się stało, prawda? Choć nie wierzysz w wampiry, jesteś świadom, że ja nim jestem, a skoro cię ugryzłem... wniosek nasuwa się sam. Przepraszam, nie powinienem. To był wypadek. Gdybym nie rozciął cię tak mocno, pewnie w tym momencie kończyłbyś jeść obiad, a mama nałożyłaby ci na udo plaster, ale tak się nie stało. W biegu, nie myśląc, przypadkowo zahaczyłem o ciebie, a przecież nie mogłem pozwolić ci się tam wykrwawić. Jedyną możliwością było przekazanie ci wampirzych genów, by skóra się zregenerowała, a krew szybko wypracowała ubytek... Jednak w ten sposób pozbawiłem cię normalnego życia. Wiem, że to zabrzmi głupio, ale... musisz zniknąć. Twoi rodzice i przyjaciele muszą uwierzyć, że nie żyjesz. Dlaczego?! Dlaczego? Czy ty nic nie rozumiesz? - krzyknął, na zadane w mej głowie pytanie. - Ach, no tak. Spokojnie. My, wampiry, starzejemy się pięć razy wolniej niż przeciętni ludzie. W twoim wieku byłoby to nie do ukrycia, bo powinieneś w ciągu każdego roku zmieniać się pod każdym względem, a teraz... tak nie będzie. Będziesz podróżował i uczył się wszystkiego ode mnie. Musi tak być, muszę zapłacić za swoje grzechy. Ach, jakie grzechy? Wiesz, przemienienie w wampira takiego młodego człowieka jak ty, jest naprawdę lekkomyślne i w niektórych rejonach wręcz zakazane. Muszę cię wychować, byś nie przysparzał naszej wampirzej braci kłopotów. Zrozumiałeś?
Kiwnąłem głową, choć rozumiałem naprawdę niewiele. W ciągu kilku minut dowiedziałem się paru naprawdę wstrząsających rzeczy, zaczynając od faktu, że wampiry istnieją, a kończąc na tym, że muszę upozorować własną śmierć i nigdy więcej nie zobaczę rodziny i przyjaciół. Nie było to łatwe do zrozumienia, a już tym bardziej do zaakceptowania...
Ze wspomnień wyrwał mnie gwizd czajnika – dokończę innym razem. Zalałem kawy, posłodziłem, z lodówki wyjąłem świeże masło i dżem pomarańczowy, a z chlebaka francuskie pieczywo. Zgarnąłem to wszystko na tacę i zaniosłem do sypialni.
Ognistowłosa panna właśnie przecierała zaspane oczy i patrzyła na mnie spod zmrużonych powiek.
- dzień dobry Amonie - powiedziała, podnosząc się, a gdy się schyliłem, pocałowała mnie w czoło.
Położyłem tacę między nami, objąłem ją ramieniem i tak właśnie zabraliśmy się za śniadanie.
Nawet nie macie pojęcia ile dla mnie znaczył jej uśmiech tego poranka...
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
Komentarze (1), Dodaj
1 komentarzy
Następne 1 Poprzednie
|
|
Belialponiedziałek, 23.sierpnia.2010, 15:44 78.8.164.65 |
|
Proszę bardzo, jeden zbieg okoliczności i życie Amona się zmieniło. Za to ja zapałałam (lubię to słowo) niezwykłą sympatią da zatroskanego mistrza. Zawsze mógł go kopnąć w dupę. Z tym, że sam miał by później kłopoty. Nie mogę się doczekać dalszego ciągu. Uwielbiam opowieści o wampirach. Tyle, że nie te z logiem Zmierzchu xD |