piątek, 15.kwietnia.2011, 23:30
Było ciemno. Wiatr trząsł liśćmi na drzewach całego Londynu, w mrocznych zaułkach było słychać jego wycie, a pomarańczowe światło regularnie rozstawionych latarni dodawało jedynie uroku całemu temu światu. Wciągnąłem do płuc nocne powietrze, mroźne i świeże. Zupełnie inne niż w świetle dnia.
Sami dobrze pewnie znacie tę różnicę... powietrze lepiej smakuje nocą.
Znajdowałem się na obrzeżach pięknego śpiącego Londynu, Tamiza lśniła blaskiem księżyca w pełni, a ja w końcu mogłem zaspokoić swój głód. Okoliczności świata przyrody sprawiały, że czułem się jak na wykwintnej kolacji przy świecach. W otoczeniu było coś jakby magicznego...
Rozejrzałem się dookoła i spojrzałem na zegarek, dochodziła trzecia, więc już niedługo robotnicy ze znajdującego się jakieś pięćset jardów za mną zakładu skończą nocną zmianę. Przychodziłem tutaj każdej pełni, nie wiem dlaczego, ale tak już weszło mi w nawyk. Może przyciągał mnie ten widok?
Miałem jeszcze kilkanaście minut, z siedzenia pasażera wziąłem puszkę mojej ulubionej Pepsi, otworzyłem ją płynnym ruchem aż rozległo się charakterystyczne syczenie i oddaliłem się od zakładu, podążając w kierunku pobliskiej skarpy. Usiadłem na trawie, nie przejmując się tym, że była wilgotna - na te moje nocne wyprawy zawsze ubierałem dresowe spodnie i bluzę z kapturem, z dwóch prostych względów. Gdyby ktoś mnie tu zobaczył w krwistoczerwonej koszuli, czarnej kamizelce i idealnie dopasowanych jeansach mógłby to zapamiętać, bo byłem jednym z niewielu nastolatków ubierających się w ten sposób, a po drugie zachlapanie drogich ubrań krwią nie wydawało mi się zbyt szczęśliwą sytuacją. Opróżniłem puszkę i wróciłem do auta. Za trzy, czyli już czas.
Wziąłem głęboki wdech i założyłem na głowę kaptur. Powoli minąłem zakład i ruszyłem w stronę głównej drogi. Celem było nie spieszyć się, tak aby wracający z pracy robotnik mnie minął. Taki układ był mniej podejrzany niż gdybym szedł za kimś od fabryki. Kimś. Nie miałem nikogo konkretnego upatrzonego, bo wiedziałem, że każdy z pracujących tu mężczyzn jest silny i nic mu się nie stanie gdy ubędzie mu pół litra krwi.
Usłyszałem za sobą kroki i odgłos zapalniczki, żadnych szeptów czy słów. Nie odwracając się, ale używając moich telepatycznych zdolności, zarejestrowałem fakt, że idzie sam i w duchu klnie, że tylko on z całej nocnej zmiany skręca w tę stronę drogi. Nie bał się, ale czułby się mimo wszystko bezpieczniej gdyby nie szedł sam. No i miałby się do kogo odezwać.
- cholera! - zaklął, a ja się odwróciłem i spojrzałem na niego pytająco. - Zapalniczka nie chce palić, a ja nie paliłem od przerwy cztery godziny temu - wyjaśnił, uśmiechając się przepraszająco.
Przeszukałem kieszenie spodni, wiedząc, że gdzieś miałem zapałki, gdy je zlokalizowałem, podszedłem do mężczyzny i podałem mu je. Miałem wtedy okazję by mu się przyjrzeć.
Był po czterdziestce, na twarzy gościł kilkudniowy ciemny zarost, kontrastujący z wręcz fluorescencyjną zielenią oczu, w kącikach których widać było zmarszczki od ciągłego uśmiechania się. Był mocno zbudowany, jednak niewysoki, niższy ode mnie. Na palcu nie miał obrączki co mnie zastanowiło, bo nie wyglądał zupełnie na starego kawalera... poza tym, było w nim coś jakby znajomego.
- dzięki ci chłopcze – powiedział, przerywając moją analizę. - W którą stronę idziesz?
- cały czas przed siebie, proszę pana – odpowiedziałem, uśmiechając się w myślach do tego zwrotu, byłem przecież prawie dwa razy od niego starszy. - Na imię mi Amon, Amon McCarthy - dodałem jeszcze.
- Amon? To bardzo rzadkie imię. Brat mojego taty opowiadał mi często wieczorami historię niestarzejącego się dzieciaka o tym właśnie imieniu. Nathan Vontavious. Miło mi - wyciągnął do mnie rękę, przekładając wcześniej papierosa do lewej.
W moim mózgu nastąpiło zwarcie, przeszedł mnie dreszcz i zrozumiałem, że mam do czynienia z kimś z rodziny Montela, choć... jak to możliwe, skoro urodził się w czasach średniowiecza? Jak mógł mieć brata? Może to był jakiś jego praprawnuk, a nie brat? Tak, pewnie tak musiało być. Uścisnąłem rękę Nathana i rzuciłem uwagę na temat braku obrączki.
- spostrzegawczy jesteś. No nie mam obrączki i jeszcze parę lat mieć nie będę, dopóki nie uchwalą ustawy o zgodzie na nasze małżeństwa. - Uśmiechnął się porozumiewawczo, a ja go faktycznie zrozumiałem.
- nienawidzę dyskryminacji - rzuciłem tylko. - Pamięta pan coś z tych historyjek z dzieciństwa? Nie znam żadnego mojego imiennika i chętnie posłuchałbym jakichś ciekawych opowieści.
Chciałem odwrócić jego uwagę, ale z drugiej strony chciałem też poznać te historie, które Montel opowiadał o mnie swojemu małemu bratankowi. Niewiele pamiętałem z wczesnych lat spędzonych w jego towarzystwie i wiele rzeczy się już w mojej głowie zatarło. Minęło już przecież sześćdziesiąt lat odkąd się poznaliśmy... Jednak ciśnienie w mojej głowie zmuszało mnie do obezwładnienia Nathana i uzupełnienia braków w moim pożywieniu. To co czułem porównać można było chyba tylko do uczucia, które towarzyszy nam gdy jesteśmy z kimś, kto nas strasznie podnieca, a nie możemy w żaden sposób rozładować kłębiącego się w nas napięcia...
- coś pewnie pamiętam - odparł i sięgnął po kolejnego papierosa.
Schylił głowę, więc skorzystałem z okazji i uśpiłem go. Opadł bezwładnie w moje ramiona, zawlokłem go do najbliższych krzaków, tak by przejeżdżający ewentualnie samochód nie zauważył, że wysysam krew z jakiegoś biednego człowieka. Zrobiłem paznokciem nacięcie nad łokciem po wewnętrznej stronie ręki i zacząłem zaspokajać pragnienie... Krew uderzyła mi do głowy i przez moment czułem się jak szaleniec - długa abstynencja nie była wskazana. Wiedziałem jednak, że nie mogę zrobić mu krzywdy, wypiłem więc tylko tyle ile potrzebowałem, by nie zwariować do następnej nocy.
Sami dobrze pewnie znacie tę różnicę... powietrze lepiej smakuje nocą.
Znajdowałem się na obrzeżach pięknego śpiącego Londynu, Tamiza lśniła blaskiem księżyca w pełni, a ja w końcu mogłem zaspokoić swój głód. Okoliczności świata przyrody sprawiały, że czułem się jak na wykwintnej kolacji przy świecach. W otoczeniu było coś jakby magicznego...
Rozejrzałem się dookoła i spojrzałem na zegarek, dochodziła trzecia, więc już niedługo robotnicy ze znajdującego się jakieś pięćset jardów za mną zakładu skończą nocną zmianę. Przychodziłem tutaj każdej pełni, nie wiem dlaczego, ale tak już weszło mi w nawyk. Może przyciągał mnie ten widok?
Miałem jeszcze kilkanaście minut, z siedzenia pasażera wziąłem puszkę mojej ulubionej Pepsi, otworzyłem ją płynnym ruchem aż rozległo się charakterystyczne syczenie i oddaliłem się od zakładu, podążając w kierunku pobliskiej skarpy. Usiadłem na trawie, nie przejmując się tym, że była wilgotna - na te moje nocne wyprawy zawsze ubierałem dresowe spodnie i bluzę z kapturem, z dwóch prostych względów. Gdyby ktoś mnie tu zobaczył w krwistoczerwonej koszuli, czarnej kamizelce i idealnie dopasowanych jeansach mógłby to zapamiętać, bo byłem jednym z niewielu nastolatków ubierających się w ten sposób, a po drugie zachlapanie drogich ubrań krwią nie wydawało mi się zbyt szczęśliwą sytuacją. Opróżniłem puszkę i wróciłem do auta. Za trzy, czyli już czas.
Wziąłem głęboki wdech i założyłem na głowę kaptur. Powoli minąłem zakład i ruszyłem w stronę głównej drogi. Celem było nie spieszyć się, tak aby wracający z pracy robotnik mnie minął. Taki układ był mniej podejrzany niż gdybym szedł za kimś od fabryki. Kimś. Nie miałem nikogo konkretnego upatrzonego, bo wiedziałem, że każdy z pracujących tu mężczyzn jest silny i nic mu się nie stanie gdy ubędzie mu pół litra krwi.
Usłyszałem za sobą kroki i odgłos zapalniczki, żadnych szeptów czy słów. Nie odwracając się, ale używając moich telepatycznych zdolności, zarejestrowałem fakt, że idzie sam i w duchu klnie, że tylko on z całej nocnej zmiany skręca w tę stronę drogi. Nie bał się, ale czułby się mimo wszystko bezpieczniej gdyby nie szedł sam. No i miałby się do kogo odezwać.
- cholera! - zaklął, a ja się odwróciłem i spojrzałem na niego pytająco. - Zapalniczka nie chce palić, a ja nie paliłem od przerwy cztery godziny temu - wyjaśnił, uśmiechając się przepraszająco.
Przeszukałem kieszenie spodni, wiedząc, że gdzieś miałem zapałki, gdy je zlokalizowałem, podszedłem do mężczyzny i podałem mu je. Miałem wtedy okazję by mu się przyjrzeć.
Był po czterdziestce, na twarzy gościł kilkudniowy ciemny zarost, kontrastujący z wręcz fluorescencyjną zielenią oczu, w kącikach których widać było zmarszczki od ciągłego uśmiechania się. Był mocno zbudowany, jednak niewysoki, niższy ode mnie. Na palcu nie miał obrączki co mnie zastanowiło, bo nie wyglądał zupełnie na starego kawalera... poza tym, było w nim coś jakby znajomego.
- dzięki ci chłopcze – powiedział, przerywając moją analizę. - W którą stronę idziesz?
- cały czas przed siebie, proszę pana – odpowiedziałem, uśmiechając się w myślach do tego zwrotu, byłem przecież prawie dwa razy od niego starszy. - Na imię mi Amon, Amon McCarthy - dodałem jeszcze.
- Amon? To bardzo rzadkie imię. Brat mojego taty opowiadał mi często wieczorami historię niestarzejącego się dzieciaka o tym właśnie imieniu. Nathan Vontavious. Miło mi - wyciągnął do mnie rękę, przekładając wcześniej papierosa do lewej.
W moim mózgu nastąpiło zwarcie, przeszedł mnie dreszcz i zrozumiałem, że mam do czynienia z kimś z rodziny Montela, choć... jak to możliwe, skoro urodził się w czasach średniowiecza? Jak mógł mieć brata? Może to był jakiś jego praprawnuk, a nie brat? Tak, pewnie tak musiało być. Uścisnąłem rękę Nathana i rzuciłem uwagę na temat braku obrączki.
- spostrzegawczy jesteś. No nie mam obrączki i jeszcze parę lat mieć nie będę, dopóki nie uchwalą ustawy o zgodzie na nasze małżeństwa. - Uśmiechnął się porozumiewawczo, a ja go faktycznie zrozumiałem.
- nienawidzę dyskryminacji - rzuciłem tylko. - Pamięta pan coś z tych historyjek z dzieciństwa? Nie znam żadnego mojego imiennika i chętnie posłuchałbym jakichś ciekawych opowieści.
Chciałem odwrócić jego uwagę, ale z drugiej strony chciałem też poznać te historie, które Montel opowiadał o mnie swojemu małemu bratankowi. Niewiele pamiętałem z wczesnych lat spędzonych w jego towarzystwie i wiele rzeczy się już w mojej głowie zatarło. Minęło już przecież sześćdziesiąt lat odkąd się poznaliśmy... Jednak ciśnienie w mojej głowie zmuszało mnie do obezwładnienia Nathana i uzupełnienia braków w moim pożywieniu. To co czułem porównać można było chyba tylko do uczucia, które towarzyszy nam gdy jesteśmy z kimś, kto nas strasznie podnieca, a nie możemy w żaden sposób rozładować kłębiącego się w nas napięcia...
- coś pewnie pamiętam - odparł i sięgnął po kolejnego papierosa.
Schylił głowę, więc skorzystałem z okazji i uśpiłem go. Opadł bezwładnie w moje ramiona, zawlokłem go do najbliższych krzaków, tak by przejeżdżający ewentualnie samochód nie zauważył, że wysysam krew z jakiegoś biednego człowieka. Zrobiłem paznokciem nacięcie nad łokciem po wewnętrznej stronie ręki i zacząłem zaspokajać pragnienie... Krew uderzyła mi do głowy i przez moment czułem się jak szaleniec - długa abstynencja nie była wskazana. Wiedziałem jednak, że nie mogę zrobić mu krzywdy, wypiłem więc tylko tyle ile potrzebowałem, by nie zwariować do następnej nocy.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
Komentarze (3), Dodaj